fbpx

Ad fontes. Wywiad z gitarzystą Octopus Ride

121068995_792161128249691_5330962086766667572_n

Z gitarą na scenie nieprzerwanie od 2014 roku. Pierwszy sukces – nagroda na SOFIE, czyli Scenicznym Otwartym Festiwalu Artystycznym. Później koncerty klubowe, juwenalia i festiwale w całej Polsce. Muzyka jest czymś, co napędza go do działania. „Chcę nagrać płytę, w której odważę się pokazać całego mnie, bez żadnych zahamowań. Takie opus magnum to właśnie moje marzenie” – wyznaje Łukasz Wierzchosławski.

Beata Chmielewska: Współpracujesz obecnie z kilkoma projektami, masz na swoim koncie koncerty festiwalowe i wiele występów gościnnych. W planach solowa płyta. Od zawsze wiedziałeś, że to jest ta pasja, która pozwoli Ci rozwinąć skrzydła?

Łukasz Wierzchosławski: Od zawsze to zbyt dużo powiedziane. Moja pasja zaczęła się w zasadzie na początku gimnazjum. Wówczas po raz pierwszy zobaczyłem nagranie z koncertu zespoli T. Rex, chyba z 1972 roku. Lider tego zespołu – Marc Bolan – wyglądał po prostu świetnie, stojąc na scenie. Kiedy tak na niego patrzyłem, uznałem, że też chciałbym tak stać na scenie z gitarą. I to właśnie jego piosenki były pierwszymi, których nauczyłem się grać.

Beata Chmielewska: To ciekawe, bo z wykształcenia jesteś przecież historykiem. W jaki sposób zazębiały się nawzajem muzyczne hobby i pasja do historii? Skąd wziął się w ogóle pomysł, żeby studiować historię, mając tak solidny backup muzyczny?

Łukasz Wierzchosławski: W zasadzie nie zazębiały się. Miałem w planach rozwinięcie moich zainteresowań historycznych w kierunku historii muzyki rozrywkowej, ale jednak przeważyła w tych kwestiach moja pasja do historii Warszawy. Pamiętam początki licencjatu, kiedy przychodziłem często na zajęcia o ósmej rano zmęczony po koncercie, który grałem dzień wcześniej, jednak musiałem dać radę (śmiech). Zawsze interesowałem się historią, od najmłodszych lat pasję tę zaszczepił we mnie mój dziadek, w czasach jeszcze wczesnego dzieciństwa. Po maturze stanąłem przed trudnym wyborem, ale jednak historia wygrała (śmiech). Myślę, że próbowałem umiejętnie łączyć moje zainteresowania muzyczne oraz historyczne.

Beata Chmielewska: Nie miałeś nigdy dość? Lato w rozjazdach, studia, dom, dziewczyna. A z niszowej muzyki pieniędzy jak nie było, tak nie ma do tej pory.

Łukasz Wierzchosławski: Tak, tak, bywały momenty, że chciałem rzucić studia albo dziewczynę, muzyki nigdy (śmiech). Zawsze wszystkie swoje zajęcia – poza muzycznymi – ustawiałem pod próby, koncerty, nagrywanie. Co prawda cierpiały inne aspekty mojego życia, ale w jakiś sposób udało się wytrwać.

Beata Chmielewska: Można powiedzieć, że raz na wozie, raz pod wozem, a pasja zdaje się być silniejsza, niż zdrowy rozsądek. Myślę, że to nic złego – wręcz przeciwnie – grając przede wszystkim dla siebie, stajesz się autentyczny.

Łukasz Wierzchosławski: Ja mimo wszystko nie gram dla siebie. To znaczy dla siebie też, ale staram się przede wszystkim grać dla ludzi, którzy przychodzą na moje koncerty czy słuchają nagrań. Oczywiście nie podporządkowuję się pod gust słuchaczy, ale daję ze swojego wnętrza wszystko, co mogę. I staram się jak najbardziej uszczęśliwić widownie stojącą pod sceną.

Beata Chmielewska: Rozumiem. Co najbardziej chciałbyś osiągnąć w muzyce? Jest jakiś tytuł, jakaś nagroda, do której aspirujesz?

Łukasz Wierzchosławski: Tytuł i nagroda to nie mój cel (śmiech). Moim marzeniem jest nagrać płytę, z której będę dumny. Której nie będę się wstydzić pokazać najbliższym, której będę pewny na sto procent. Chcę nagrać płytę, w której odważę się pokazać całego mnie, bez żadnych zahamowań. Takie Opus magnum to właśnie moje marzenie.

Beata Chmielewska: Cóż – piękne marzenie! Masz w sobie dużo pasji. Jesteś młody i pełen zaangażowania. A czas mija nieubłagalnie – przecież jeszcze niedawno był 2014 rok, chowaliśmy niedopałki po kieszeniach, a jedyne, co nas zdołało przestraszyć, to matura. Nie boisz się, że to wszystko kiedyś się skończy? Że obudzisz się któregoś dnia z dwójką dzieci i psem, i okaże się, że trzeba pakować manatki, pójść do pracy i dorosnąć?

Łukasz Wierzchosławski: Tego się akurat nie boję. Mam jasno sprecyzowany cel w mojej głowie, do którego dążę i staram się ku niemu zbliżać – małymi krokami. Pracą jest dla mnie muzyka. Czasem dochodową, czasem nie, ale tak wygląda przecież życie. Ja jestem skromnym człowiekiem, nie potrzebuje pieniędzy, dla mnie najważniejsze jest być szczerym – a co za tym idzie – szczęśliwym w tym, co robię. A robię muzykę, to mnie napędza do życia.

Beata Chmielewska: Jakie masz plany na koncerty? Doszły mnie słuchy, że w niedługim czasie chcesz odwiedzić Lublin. Jak bardzo pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany muzykom z Twojego otoczenia?

Łukasz Wierzchosławski: Planowaliśmy odwiedzić Lublin z jednym z zespołów, w których gram. Jednak rzeczywiście pandemia pokrzyżowała nam plany. Skupiliśmy się w związku z tym na nagrywaniu. W tej chwili kończymy nagrywać kolejne piosenki, które znajdą się na naszej płycie. Wielu innych znajomych muzyków postąpiło podobnie. Koncerty na żywo i granie studyjne zastąpiły koncerty online. Jednak od jakiegoś czasu, przynajmniej w Warszawie, powoli wraca już życie koncertowe. Wielu moich znajomych wróciło do koncertowania w plenerze. Ja jednak zbytnio przestawiłem się na domowe nagrywanie. Zamknięcie w domu pozwoliło mi rozwinąć moją kreatywność jeszcze bardziej.

Beata Chmielewska: Czekamy wobec tego z niecierpliwością na więcej szczegółów dotyczących koncertowania. I, naturalnie, zapraszam Cię do Lublina! Cieszę się, że mogłam przeprowadzić z Tobą wywiad. Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze i powodzenia na koncertach!

Łukasz Wierzchosławski: Ja również bardzo dziękuję.

red. Beata Chmielewska
fot. Greta Laura Sulik

Dodaj komentarz