fbpx

Historia niezwykłego sportowca ­– wywiad z Gabrielą Skwiot

1112891_505293293_mini

16 lat ciężkiej pracy. Historia niezwykłego sportowca, jego wzlotów i upadków, podejmowania poważnych decyzji i chęci stałego doskonalenia się. Gabriela Skwiot – córka, przyjaciółka, uczennica, studentka, zawodnik, mistrz Europy i wreszcie trener. O tym, jak wyglądał jej sukces.

NL: Cześć. Już na samym początku chciałabym ci bardzo podziękować za to, że zgodziłaś się na udzielenie mi wywiadu. To wiele dla mnie znaczy i wiem, że rozmowa będzie bardzo interesująca, więc może od razu przejdźmy do rzeczy.

GS: Bardzo dziękuję za zaproszenie i cieszę się, że mogę ci pomóc.

NL: Super, więc tak, pierwsze pytanie. Jak zaczęła się twoja przygoda z karate?

GS: Moja przygoda z tym sportem zaczęła się, kiedy miałam sześć lat. Wtedy tata zaprowadził mnie na pierwszy pokaz karate. Spodobało mi się to, co tam robili, więc poszłam na pierwsze zajęcia, drugie, trzecie i tak już zostałam do dziś.

NL: Czy możesz powiedzieć coś więcej o stylu, w jakim trenujesz?

GS: Jest to karate kontaktowe, w którym uczymy się ciosów i kopnięć. Mimo tego, przede wszystkim naszą zasadą jest to, że nie zaczepiamy pierwsi naszego przeciwnika, tylko stosujemy to, co potrafimy podczas obrony.

NL: Wspominałaś wcześniej o tacie. Wiem, że masz ogromne wsparcie od rodziny. Jak myślisz, kto ci najbardziej kibicuje?

GS: Myślę, że jest to właśnie tata, bo to on zaszczepił we mnie pasję do tego sportu. Na pewno mama, są to również moi bliscy, którzy zawsze trzymają za mnie kciuki. Jesteś to też ty i inni moi przyjaciele.

NL: Zdobyłaś tytuł mistrza Europy. Mogłabyś dokładniej o tym opowiedzieć?

GS: Tak, to było w 2017 roku. Odbywały się wtedy mistrzostwa Europy w stylu kyokushin. Występowałam tam w konkurencji kobudo, jest to kata z bronią. Pokonując wszystkie inne rywalki w tej kategorii, zdobyłam mistrzostwo Europy. Uczucie towarzyszące mi po wygranej było nie do opisania, ponieważ włożyłam w przygotowania mnóstwo pracy.

NL: To na pewno było niesamowite przeżycie. Nie jest tajemnicą, że karate to ciężki sport. Trenujesz od bardzo dawna. Czy bywały chwile, w których chciałaś zrezygnować?

GS: Tak. Myślę, że każdy człowiek na pewnym etapie miewa chwile zwątpienia w tym, co robi. Było wiele takich momentów, w których chciałam rzucić wszystko i odejść. Takie myśli pojawiały się najczęściej w sytuacjach, w których mi się coś nie udawało i nie potrafiłam tego poprawić. Myślę, że wynika to z tego, że każdy sportowiec chce dążyć do perfekcji. Mimo wszystko nie poddałam się i cieszę się, że jestem teraz tu, gdzie jestem.

NL: Cieszę się razem z tobą. Powiedz mi, czego nauczyłaś się przez te wszystkie lata, oczywiście pomijając ciosy?

GS: Karate przede wszystkim nauczyło mnie cierpliwości, żeby właśnie się nie poddawać.  Tego, że ciężką pracą możemy osiągnąć swój cel.  Nauczyło mnie, aby szanować innych i nie oceniać ich po tym, jak wyglądają, ponieważ to, że ktoś wygląda na małą dziewczynkę, nie znaczy, że nie potrafi się bić.

NL: To, o czym mówisz jest bardzo inspirujące, ale brzmi na bardzo dużo ciężkiej pracy. Treningi kilka razy w tygodniu, szkoła, teraz studia, praktyki, czasami dodatkowa praca i jeszcze w tym wszystkim chwila dla siebie. Jak ci udawało i udaje nadal, to wszystko pogodzić?

GS: Kiedy byłam młodsza było ciężko, pod takim względem, że wszystko dostosowywałam pod karate. Zawsze było dla mnie najważniejsze. Nie poszłam do koleżanki na urodziny, bo było w godzinie, w której miałam akurat trening. Pamiętam, że w dniu naszego balu na koniec podstawówki, również miałam trening albo coś związanego z karate. Przyjechałam wtedy dwie godziny później i byłam tak naprawdę tylko godzinę z osobami, z którymi chciałam spędzić jak najwięcej czasu. Teraz też bywa ciężko, m.in. ze względu na studia, które pochłaniają bardzo dużo czasu. Na pielęgniarstwie nie jest to wyłącznie siedzenie na wykładach, ale też praktyki w szpitalu. Różnica jest taka, że teraz potrafię ułożyć sobie tak plan dnia, aby móc znaleźć czas na trening, życie prywatne, uczelnię i odpoczynek.

NL: Jak myślisz, ile mniej więcej zdobyłaś nagród odkąd zaczęłaś trenować?

GS: Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale myślę, że sporo. Jako zawodnicy możemy zdobywać puchary nie tylko na zawodach, jeśli chodzi o mistrzostwa Polski, Europy i świata, ale także na tzw. makroregionalnych, np.: Podlasia czy innego województwa. Takich pucharów z mniejszych zawodów mam mnóstwo, jest ich około 20. Natomiast jeśli chodzi o te większe, to również mam kilka na swoim koncie. Biorąc pod uwagę mistrzostwa Polski i Europy, myślę, że jest ich około 5/6. Mam także puchary za mistrzostwa tylko i wyłącznie w moim klubie oraz za bycie w nim najlepszą zawodniczką w danym sezonie.

NL: Jeśli jesteśmy już przy temacie osiągnięć, wiem, że brałaś również udział w tegorocznym plebiscycie na najlepszego sportowca. Mogłabyś to przybliżyć?

GS: Tak, to prawda. Zostałam zgłoszona przez mojego trenera i zajęłam drugie miejsce. Był to plebiscyt województwa podlaskiego na sportowca roku, w którym głosowało się za pomocą SMS-ów. Oprócz nagrody, w gazecie pojawił się artykuł z moim udziałem, gdzie można było przeczytać m.in., jak zaczęła się moja przygoda z karate.

NL: Przyznaję, że jest to dla mnie bardzo imponujące. Wiem, że po wielu latach zdecydowałaś się na zmianę klubu, w którym trenowałaś. Na pewno nie było to dla ciebie łatwe. Co  skłoniło cię do podjęcia takiej decyzji i czy jest to zmiana na lepsze?

GS: Nie było to łatwe, ponieważ w poprzednim klubie spędziłam 15 lat. Podjęłam taką decyzję, ponieważ trener i ja mieliśmy inne plany na moją przyszłość dotyczącą startów i rozwijania się jako instruktor. Nie podobało mi się to, jak zaczął podchodzić do zawodników i do mnie. Wiele lat bardzo mu ufałam i byłam zachwycona jak prowadzi zajęcia. Niestety z czasem człowiek tak, jak dojrzewa, tak otwiera oczy na niektóre sprawy. Doprowadziło to do tego, że odeszłam razem z innym trenerem, który poświęcał mi więcej uwagi.

NL: Słyszałam, że zawody karate dzielą się na różne rodzaje. Mogłabyś to opisać, jak wyglądają takie zawody?

GS: Zawody dzielą się na kata i kumite. Drugi rodzaj to walki, w których każda kategoria wiekowa ma swój czas, w jakim się odbywają. Są one podzielone na tzw. lekki kontakt, semi – knockdown i knockdown. Ostatnia forma jest najciekawsza, ponieważ zawodnicy walczą bez ochraniaczy. Kata to układy, które osobiście porównuję do tańca. Są one wcześniej ustalone, a sędziowie oceniają ich poprawność pod względem schematu, ale również techniki, dynamiki czy wysokości kopnięcia. Obowiązują także kategorie wagowe.

NL: Rozumiem. Brzmi dosyć skomplikowanie, ale wierzę, że da się to poukładać. Masz już brązowy pas, to ogromne osiągnięcie. Mogłabyś przedstawić, jak wyglądają egzaminy na poszczególne stopnie?

GS: W momencie kiedy jesteśmy dziećmi, pokazujemy, czy potrafimy wykonać podstawowe ciosy, jak np. pchnięcie ręką w przód. Wtedy egzaminator stwierdza, czy nasza pięść jest odpowiednio zaciśnięta. Trzeba również zdać sprawdzian na umiejętność i wytrzymałość. Jest to np. ilość brzuszków lub pompek. Im jesteśmy starsi, tym liczba technik się zwiększa. Jeżeli ćwiczy się ponad 5 lat, do egzaminów dołączane są walki. Mój na brązowy pas wyglądał tak, że walczyłam 15 rund po 2 minuty bez żadnej przerwy. Jest to bardzo ciężkie, ponieważ walka trwa praktycznie 30 minut. W organizacji, której jestem teraz, egzaminy wyglądają tak, że osoba zdająca ma 10 walk po 1 minucie. W tym przypadku nie chodzi o wytrzymałość zawodnika. Aby zdobyć pas, o jaki się ubiega, trzeba wygrać 7 z tych 10 rund.

NL: Karate tak, jak każdy sport pociąga za sobą pewne ryzyko. Czy zawodnicy często odnoszą kontuzje?

GS: Wydaję mi się, że tak. U nas, jak się wejdzie do szatni męskiej lub damskiej, zobaczy się większość zawodników z  usztywniaczami na kolanach lub kostkach. Mnóstwo jest powybijanych palców i zerwanych ścięgien Achillesa. Ostatnio nawet, na zawodach jeden z chłopaków połamał rękę. Jeśli trenuje się to bardziej jako zawodnik, to szybciej się coś stanie, niż jeśli ktoś trenuje rekreacyjnie.

NL: Czy da się zarabiać na byciu zawodnikiem karate?

GS: Da się zarabiać, ale nie wiem czy są to kwoty satysfakcjonujące. My za zawody nie dostajemy nic. Jedyne, co nam przysługuje do stypendium. Niestety trzeba się liczyć z tym, że nie jest to sport olimpijski, więc jego wartość może być niewielka. W przypadku, kiedy zawodnik należy do Polskiego Związku Karate może się ubiegać o stypendium również od nich. W innych sytuacjach jest ciężko, chyba że zawodnik posiada sponsorów.

NL: Ostatnie pytanie. Niedawno nastąpił dość duży rozwój w twojej karierze. Nie jesteś już tylko zawodniczką, ale również trenerem. Jakie to uczucie stanąć po tylu latach po drugiej stronie?

GS: Powiem szczerze, że jest to większa odpowiedzialność niż się spodziewałam. W momencie, kiedy ma się pod swoją opieką dwadzieścioro dzieci, nad którymi trzeba zapanować przez godzinę i przede wszystkim ich czegoś nauczyć, a nie tylko rozbawić oraz pilnować, żeby nie stała im się krzywda, to jest ciężko. Wydaję mi się natomiast, że w życiu każdego karateki bycie instruktorem jest pewnego rodzaju spełnieniem. Osiąga się taki etap, w którym możesz przekazać komuś to, czego sam się nauczyłeś. Jest to również nagroda, że ktoś, kto pozwala ci zostać instruktorem, ufa ci i docenia. Uważa, że jesteś na tyle wyszkolony, aby uczyć innych. Niestety albo stety mam to do siebie, że jestem bardzo dokładna i tego samego wymagam od dzieci. Myślę jednak, że nie wyjdzie im to na złe i mam nadzieję, że wszystko będzie się powoli układać.

NL: Ja również mam taką nadzieję i bardzo trzymam za ciebie kciuki. Dziękuję ci za tę interesującą i inspirującą rozmowę. Jeszcze raz, życzę powodzenia na dalszej drodze w karierze trenera.

GS: Bardzo dziękuję i cieszę się, że będziesz w tym ze mną.

red. Natalia Lenczewska
fot. www.poranny.pl

Dodaj komentarz