fbpx

Kielce – turystyczna osobliwość

kielce

Kilka dni temu zrobiłem sobie wycieczkę do Kielc. Zamierzałem przejść z nich pieszo, przez góry, do zamku w Chęcinach, moja wyprawa potoczyła się inaczej niż sobie założyłem, zobaczyłem jednak wiele ciekawych zjawisk.

Do Kielc pojechałem pociągiem o godzinie 5.25 rano, na miejsce dotarłem o godzinie 8.20. Kielce są raczej zaniedbanym miastem, mają jednak ładną starówkę (której jednak tym razem nie zwiedzałem) i pewną „dzikość”, brak ogłady, która jakoś zawsze rozbudza moją poetycką wyobraźnię, jest to takie miejsce, gdzie przyjemnie jest snuć w głowie opowieści o przygodach, spiskach, czasami trochę „mad maxowej” rzeczywistości. Gdy tam jestem często wyobrażam sobie, że jestem jakimś tajemniczym wędrowcem, przybywającym tu z jakąś tajemną misją, gnanym przez własny los. Takie wrażenie robi na mnie miasto.

Z dworca PKP poszedłem pieszo, moim celem było przejść przez pobliskie góry do zamku w Chęcinach. Miałem mapę, ale nie znałem dokładnie drogi, dlatego musiałem pytać się mieszkańców. Na początku nie było z tym problemu, ale im bardziej zbliżałem się do końca miasta, tym mniejsza była ich wiedza. Mieszkańcy, choć na ogół bardzo życzliwi, zazwyczaj nie potrafili udzielić informacji jak obrać interesującą mnie drogę. Jedna z mieszkanek zapytała mnie po co w ogóle chcę iść tam pieszo. Wtedy jeszcze nie rozumiałem dlaczego zadała takie pytanie.

Przez całą trasę żaden znak nie wskazywał mi kierunku, musiałem posługiwać się mapą i pytać miejscowych. Gdy wyszedłem z miasta, żadne znaki i tak się nie pojawiły. Z braku lepszej trasy musiałem iść obok drogi szybkiego ruchu. Samo dotarcie do niej było dużym problemem i zapewne nie udałoby mi się to, gdyby nie informacja od mieszkańca, który powiedział mi o pewnej dróżce. Aby na nią wejść, musiałem przejść przez mały, zardzewiały mostek, ukryty wśród drzew, następnie przejść przez krzaki i pod zardzewiałym wiaduktem, a następnie drogą wśród domków jednorodzinnych, by dojść nad drogę szybkiego ruchu. Nie była to turystycznie porywająca trasa, ale jej plusem było to, że wiedziałem, iż ta droga na pewno prowadzi do Chęcin. Liczyłem na to, że znajdę jakąś turystyczną drogę, która pozwoli mi na przejście przez górę Patrol i inne okoliczne wzgórza do jaskini Raj a następnie do Chęcin. Nie było jednak żadnych znaków, nic co pozwoliłoby się zorientować, tylko droga.

Na podstawie tego, czego doświadczyłem wcześniej, nie mogłem się spodziewać, że znajdę coś, co pomogłoby mi dojść do jaskini Raj, dlatego bałem się, że ją ominę, patrzyłem ciągle na poboczne uliczki, miałem nadzieję, że zobaczę mimo wszystko jakiś ślad, nie chciałem jednak skręcać w żadną z nich, ponieważ obawiałem się, że nie znajdę tam drogi, a jeszcze do tego się zgubię. Natrafiłem chyba tylko na jeden znak związany z turystyką. Było na nim napisane „informacja turystyczna, 500 metrów” wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że znak ten stał tuż przed jakimś prywatnym domem i wskazywał prosto na jego drzwi, kilka kroków dalej była boczna ścieżka, która prowadziła gdzieś…

Jedynym pocieszeniem było to, że zamek w Chęcinach jest bardzo widoczny, wiedziałem, że w końcu gdzieś zajdę. Ostatecznie natrafiłem na znak jaskini Raj, była to wielka ręka, obok której była tablica ze słowem „jaskinia” w kilku językach. Przeszedłem przez krzaki i natrafiłem kilka kroków dalej na poboczną ścieżkę, postanowiłem tym razem zaryzykować i oddalić się od drogi szybkiego ruchu. Oczywiście w pobliżu nie było żadnego znaku, który powiedziałby „Patrz, to droga, której szukasz”. To była jednak droga, której szukałem. Dotarłem do jaskini Raj! To niepozorne miejsce, trochę brzydkich budynków w lesie, nic specjalnego. W pobliżu stało trochę straganów z zabawkami. Na miejscu była jakaś szkolna wycieczka. Wróciły przyjemne wspomnienia gdy byłem tu na „zielonej szkole”.

Nie dostałem się do jaskini, ponieważ dowiedziałem się, że mogę wejść najwcześniej o godzinie 17 (a była godzina 12). Postanowiłem więc pójść dalej, na szczęście natrafiłem na czerwony szlak prowadzący od jaskini Raj do zamku w Chęcinach. Była to przyjemna odmiana, ciasna ścieżka prowadziła przez las, było to to, czego chciałem. O dziwo, na ścieżce tej było mnóstwo znaków wskazujących drogę (takich, jakie maluje się na drzewach, trzy paski – czerwony, biały, czerwony), co było bardzo pomocne ponieważ trasa przez las często się rozwidla, była to też, po tych wszystkich doświadczeniach, dziwna odmiana.

Cały ten entuzjazm skończył się, gdy natrafiłem na asfaltową drogę, przecinającą las. Tu skończyły się wszystkie znaki. Nie było wiadomo, gdzie iść, w górę? W dół? A może przez las? Nie było ścieżki. Przypuszczałem, że gdy pójdę drogą w dół dojdę do Chęcin, moja orientacja w terenie mnie nie zawiodła.

Droga prowadziła przez domy jednorodzinne. Było tam wiele psów, jedne za płotami, inne chodziły swobodnie, bałem się czy jakiś mnie napadnie, wiele z tych, które siedziały za płotami było agresywnych. Dla tych, którzy myślą, że tu przesadzam – uwierzcie mi, to jak najbardziej prawdopodobne, wielokrotnie zdarzyło mi się, gdy byłem na wsi, że, gdy jechałem na rowerze, gonił mnie jakiś pies, kilka tygodni temu gonił mnie taki szybki i zawzięty, że, choć pedałowałem z całych sił, bałem się, że mnie dogoni. Tak więc, psy były tu mocno nieprzyjemnym czynnikiem. Nie miałem jednak wyboru, nie mogłem skręcić, na lewo biegła droga szybkiego ruchu, na prawo zaś lasy. Udało mi się jakoś przemknąć obok psów. Dotarłem do Chęcin.

Zabudowania były podobne co wcześniej, i te psy, więcej psów, wszędzie psy, mnóstwo szczekających psów i, czasami wielkie, psy chodzące wolno. Chęciny leżą w dolince pod wzgórzem zamkowym. Można powiedzieć, że dzielą się na dwie części, pierwszą jest stara, przyjemne, choć zaniedbane, małe miasteczko, dobrze komponujące się z zamkiem. Drugim jest nowa część – rozsiane po całej dolince domki jednorodzinne. Zabudowania te oszpeciły okolicę, jest to zdecydowany minus dla tych, którzy chcieliby iść pieszo do Chęcin, a szkoda, gdyby trasa ta była niezabudowana, byłaby to wspaniała atrakcja turystyczna, ale cóż…

Dotarłem do zamku, trasę z Kielc do Chęcin przemierzyłem w 5 godzin. Zawsze przyjemnie jest odwiedzić jakiś zamek, chociaż nie powiem, żeby ten konkretny był jakoś szczególnie ciekawym miejscem. Owszem są wieże, z których rozciąga się piękny widok, sam zamek jest dosyć ciekawy, nie ma jednak wiele ponadto.

Z Chęcin jest bardzo dobre połączenie autobusowe z Kielcami, dlatego też bez trudu tam wróciłem. Z samych Kielc natomiast jest bardzo dobre połączenie autobusowe z Lublinem, powrót był więc wygodny. Wróciłem o godzinie 20.30.

Kielce najwidoczniej nie są miastem, które dba o turystykę, wydaje się w tej kwestii nawet wrogie odwiedzającym. Stare miasto i zamek są dosyć ciekawe, ale są to dosyć małe atrakcje, myślę, że dużą zaletą dla turystów byłaby możliwość chodzenia po okolicznych górach. Przydały by się też jakieś znaki, wskazujące drogę. Nie jest to chyba aż tak wiele.

Mimo całego krytycyzmu był do dobrze spędzony dzień. Jest to też zapewne związane z moim gustem, lubię chodzić po takich dzikich, nieokrzesanych, autentycznych trasach, błądzić, nie znać drogi. Jest to jednak moja osobista cecha, dla ludzi, którzy chcieliby odbyć „normalną” wycieczkę, byłby to spory zawód. Jedźcie do Kielc, jeśli chcecie odmiany od zwykłej turystyki, jeśli szukacie realizmu zamiast zadbanych, przemyślanych pod turystów miejsc, jeśli chcecie czegoś innego, omijajcie je.

red. Gabriel Korbus

Dodaj komentarz