fbpx

Niepozorne miejsca, o których nikt nie myśli

IMG_2103

W poprzednich artykułach kilkukrotnie dałem odczuć, jak bardzo lubię te różne tajemnicze, zaniedbane miejsca. Przyszedł czas na Lublin, powiem tu o kilku moich zetknięciach z takimi miejscami. To nie będzie opowieść z cyklu „cudze chwalicie swego nie znacie”, ale raczej kilka słów o tym, czego nie znacie i nie chcecie poznać, bo wcale nie macie ku temu powodu.

Biurowiec na Zana był zawsze obecny w moim życiu. Od dzieciństwa obserwowałem go, zastanawiałem nad tym, co mieści się w środku. Kiedyś był czerwony. Nigdy nie był to zbyt piękny budynek, ale zdecydowanie miał pewien charakter. Zawsze kojarzył mi się z jakimiś amerykańskimi biurowcami z lat 70., nie dlatego, że ma z nimi coś wspólnego, ale zapewne ze względu na to, że był jednym z pierwszych biurowców, jakie kiedykolwiek widziałem. Obecnie budynek ten stał się ofiarą „kultury kastracji”, nieudolnie próbowano ratować jego wygląd, malując go na niebiesko-niebieski kolor, starano się upiększyć jego zewnętrzny wygląd w sposób zupełnie niepasujący do stylu, w jakim został zbudowany. Budynek natomiast odwdzięczył się, potęgując swoją brzydotę.

Ostatnio miałem okazję zobaczyć co jest w środku, skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Już wejście zadaje kłam tynkowo-farbionej hipokryzji zewnętrznych ścian budynku. Straszą nazwy z lat 90., należące do tego efemerycznego języka dawnych starań. Wnętrze to czysta przeszłość, te wykonane z nieznanej, kamiennej masy schody, klaustrofobiczne korytarze, mówiące „przyszedłeś stracić czas i godność”. Wewnątrz to ten sam czerwony budynek, żyjący dawnymi czasami, nie wie, że coś na świecie się zmieniło, nie ulega pozorom nowych mebli i nowych ludzi.

Na Alejach Kraśnickich znajduje się zrujnowany dom, duża kilkupiętrowa skorupa budynku, pusta w środku i naga jak pozostawiony szkielet, jedna z tych konstrukcji, na które w letnie wieczory w tak specyficzny sposób pada światło. Gdy jest w ten sposób oświetlony, kojarzy się z jakąś sektą, ze złymi duchami, które zamieszkały w tym miejscu i odpędziły wszystkich. Nawiasem mówiąc, słyszałem kiedyś, że dawniej stało się tu coś strasznego, ale czy to prawda? Nie wiem, wszystkie opuszczone domy kojarzą się z takimi rzeczami, budynki żyją ludźmi, napełniają się ich życiem, nie mogą istnieć bez nich w niezmienionej formie, są niby martwe, ale jednak żywe w jakiś niezwykły sposób.

Trzy lata temu byłem z kolegami na Nocy Kultury. Wydarzenia były niezłe, ale muszę powiedzieć, że zabawa rozkręciła się dopiero później, jakoś po północy. To była dzika noc, nie zapomnę kolejki do sklepu spożywczego, która wystawała daleko poza sam sklep, wszyscy chcieli tanio kupić piwo, a przy tym byli bardzo chętni do rozmowy. Całe miasto żyło i wypełniało się ludźmi, działo się bardzo dużo, choć nic z tego nie zostało zaplanowane, w powietrzu unosiła się niesamowita atmosfera. Gdy już kupiliśmy piwa, zeszliśmy na Żmigród. Schroniliśmy się w bramie. Dużo i długo rozmawialiśmy, a ja studiowałem okoliczne graffiti. W całej tej atmosferze wyglądało ono dla mnie jak pozostałości po nieznanej cywilizacji. Te wszystkie zaniedbane i niezbyt bezpieczne miejsca mają swój wyjątkowy charakter, nieprzemijający styl i naturalność, nie są być może najlepszymi miejscami do życia, ale niezawodnie inspirują, sprawiają wrażenie, że muszą się za nimi kryć jakieś niesamowite historie i przygody.

Ze Żmigrodem miałem zresztą jeszcze jedną ciekawą styczność, może nawet ciekawszą, choć nie pachnącą letnią nocą i księżycowym powietrzem. Kilka razy odwiedziłem slam poetycki, to bardzo dziwaczne wydarzenie z wielu powodów. Pierwszym jest uczestnictwo tubylców, którzy są zawsze obecni, i do których zawsze pasują słowa z Bertolda Brechta: „Well, show me the way/To the next whisky bar/Oh, don’t ask why/Oh, don’t ask why”. O ile organizatorzy Miasta Poezji usilnie chcą udowodnić, że Lublin jest miastem poezji, o tyle miejscowi zawsze chcą udowodnić, że okolica należy do nich, będą jej bronić i nie zamierzają oddać jej byle przyjezdnym, czy przybyszom z innych części miasta.

Efektem tego jest szczególne ich zainteresowanie wydarzeniem. Krzyki, którymi chcą wreszcie uciszyć, uspokoić te rozszalałe tłumy rządnych poezji widzów, pobrzmiewają raz po raz. Wspaniała była scena, gdy jeden z nich podszedł do młodego chłopaka, który przyszedł na slam z gitarą, by wyrecytować wiersz przy jej akompaniamencie. Mężczyzna zbliżył się do niego i powiedział: „jeśli zaczniesz grać, rozbiję ci tę gitarę na głowie”. Niestety, nie udało się sprawdzić czy faktycznie dotrzymałby obietnicy, ponieważ używanie instrumentów na slamie jest zakazane. Bardzo zabawna była również sytuacja, gdy żona chciała uciszyć męża, a ten wykrzyknął z dumą: „nie będę cicho, u siebie jestem!”. Raz nawet jeden z miejscowych – duży, dobrze umięśniony mężczyzna – wziął udział w slamie, chyba jednak nie z utworem własnego autorstwa.

Myślę, że warto przy okazji powiedzieć kilka słów o samym slamie. Pomysł jest bardzo ciekawy: zakłada, że każdy człowiek może przyjść ze swoim wierszem i wyrecytować go, wykonać w mniej lub bardziej kreatywny sposób. Istotne są tu umiejętności aktorskie, charyzma, zdolność przykucia uwagi widza. W slamie na Mieście Poezji zwycięzca jest wybierany całkowicie przez publiczność. Zazwyczaj bardzo podoba mi angażowanie ludzi i dostępność, tutaj jednak to nie działa. Publiczności nie zależy na wynagrodzeniu najlepszego wiersza, liczy się najbardziej rozrywkowe wystąpienie. Rozumiem, że forma slamu zakłada, że gorszy wiersz może zwyciężyć dzięki wspaniałemu wystąpieniu, ale tu jest problem innego rodzaju. Przez decyzje publiczności zwyciężają wystąpienia o charakterze kabaretowym a nie poetyckim, przez co cały slam mija się z celem. Nawiasem mówiąc, to dobrze, że obecna jest tak duża „energia komiczna”, jest to coś, co nie powinno być zmarnowane, myślę, że warto byłoby zorganizować slam o charakterze kabaretowym. Jedyne, z czym mam problem, to to, że obecna formuła nie sprzyja ludziom, którzy faktycznie chcą zaprezentować swoją poezję.

Nie opisałem wszystkiego, nie opisałem nawet jednej milionowej tego, co można by tu opisać, ale czy warto się do tego przywiązywać i martwić, skoro takich miejsc i takich wydarzeń jest tyle, ile jest piasku na plażach i kropel w morzu?

red. Gabriel Korbus
fot. Aleksandra Baran

Dodaj komentarz