fbpx

Prawdziwa wieś

IMG_8801

Wypoczywanie na wsi jest dla mnie rzeczą naturalną. Trudno mi jest sobie wyobrazić, że można nie mieć swobody jeżdżenia tam, że może to być coś, za co trzeba płacić i co trzeba traktować jako turystykę. Jednak z tego, co wiem, u wielu ludzi wygląda to inaczej. Dlatego też postanowiłem napisać kilka słów o moim doświadczaniu wsi.

Na początku lipca pojechałem do rodziny na wieś, która nazywa się Bezwola. Miejscowość ta znajduje się 12 kilometrów od Radzynia, około 80 od Lublina. Nie miałem jakiegoś konkretnego planu, jak spędzić ten czas, chciałem po prostu odpocząć, nie myśleć przez jakiś czas. nie zabrałem ze sobą komputera, nie miałem dostępu do internetu. Wziąłem książki i coś do pisania, ale wiedziałem, że ich nie użyję. Wieś nie zachęca do czytania ani pisania, nigdy nie przychodzą mi do głowy żadne pomysły, gdy jestem na wsi, wszystko wyciąga mnie na dwór.

Niby można robić na wsi tyle rzeczy, dłubać coś w drewnie, próbować wykonać jakiś przedmiot, kopać w ziemi, robić najprzeróżniejsze rzeczy, jakie tylko przyjdą do głowy, ale mnie ostatnio nic nie ciągnie do takich zajęć. Być może jest to spowodowane tym, że nigdy nie zajmowałem się zbyt intensywnie sklejaniem czegokolwiek, konstruowaniem czy czymś innym w tym stylu. Gdy byłem mały namiętnie przegrzebywałem starocia w poszukiwaniu ciekawych znalezisk i budowałem zamki z piasku, bawiłem się też w rycerza, ale do tego także mnie jakoś ostatnio nie ciągnie.

Dlatego też jedynym zajęciem, jakie mi zostało, było jeżdżenie na rowerze. Wzasadzie właśnie z myślą o tym pojechałem na wieś, chciałem trochę ruchu, a przez to oderwania się od bieżących spraw. Nie lubię jeździć na rowerze po Lublinie, to miasto jest bardzo pagórkowate a przez to niewygodne, trudne do wprawienia się, do tego do kolarstwa nie zachęca mnie również konieczność znoszenia roweru z czwartego piętra. Okolice Bezwoli są zupełnie inne, bardzo równe, przez co idealnie nadają się do jazdy na rowerze.

Są dwa kierunki, w jakich można się udać na rowerze. Jednym są asfaltowe drogi wiodące do większych miast – do Radzynia, Międrzyrzeca Podlaskiego i Parczewa. Drugim są, zazwyczaj piaszczyste, ścieżki prowadzące przez okoliczne wsie.

Na początku wybrałem pierwszy kierunek. Udałem się do Międzyrzeca Podlaskiego, droga tam jest bardzo wygodna, płaska, a przy tym jest bardzo mało samochodów, widoki są dosyć ładne. Nie dojechałem do samego Międzyrzeca, ale i tak ujechałem w sumie ze 40 kilometrów.

Kilka dni po tej przejażdżce postanowiłem się udać w drugim kierunku. Zwiedzić bardziej dzikie okolice. Jeżdżenie w kierunku większych miejscowości jest wygodne, ale dużym minusem jest monotonność widoków i samej trasy, miejscowości natomiast nie dość, że położone daleko nie są jakimiś atrakcjami turystycznymi. Dlatego też znacznie bardziej ciekawi mnie przemierzanie tych małych wsi, odkrywanie ich.

Bardzo lubię te dzikie, piaskowe drogi, biegnące wśród żółtych od zboża pól. Lubię czuć nagrzane powietrze, bijące od nich, słuchać cykania owadów, patrzeć na błękitne bezkresne niebo i fantazjować o podróżach, o wyprawach, o włóczeniu się przez te roślinne oceany w nieokreślonym kierunku. Wprawdzie praktycznie nigdy nie rodzą mi się wtedy pomysły na wiersze, ale bardzo przyjemne jest dla mnie wyobrażanie sobie, tak, jak wtedy gdy byłem dzieckiem, że jestem podróżnikiem przemierzającym w jakimś celu nieznane krainy na koniu, bądź na jakimś dziwnym pojeździe. Lubię patrzeć na odprężone, wypoczywające krowy i przemykać wśród agresywnych psów, czasem będących na łańcuchu, a czasem mogących pogonić człowieka. Chyba jednak najbardziej lubię rośliny. Przy ścieżkach koło pola czasem rosną maki, chabry i inne, nieznane mi kwiaty, komponujące się we wspaniałą mieszankę kolorów. Lubię też patrzeć na intensywną zieleń drzew na tle głębokiego błękitu nieba, uważam to za wspaniałe zestawienie barw.

Okolice, w które ja wyjeżdżam nie są jakieś specjalnie piękne, ale i tam bardzo przyjemnym widokiem są te wszystkie pola, lasy i zapomniane, zagubione wśród tej krainy pól domy. Zupełnie inaczej niż miasto, wieś, przynajmniej jak dla mnie, nie za bardzo się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, ale wygląd wsi i jej charakter pozostaje niezmienny. Tajemnicze i ciekawe są tu też wszystkie relikty socjalizmu, zbudowane z betonu, porzucone przez wszystkich, teraz obrastające roślinami, przebijane krzewami, splecione z naturą, a jednocześnie tak jej obce.

Jadąc na rowerze dotarłem pod stary pałac znajdujący się w Milanowie. Nie próbowałem do niego wejść, nie wiem zresztą czy można tam wejść. Usiadłem sobie koło muru strzegącego dawnego parku pałacowego. Siedziałem na tych starych prefabrykatach, z których wystawały stalowe pręty, a które z jakiegoś powodu były używane jako kostki brukowe, choć zdecydowanie nie do tego zostały zaprojektowane. Mur był ceglany, dość gruby, ale i tak część jego była wyłamana, z obu stron obrastały go zarośla. Za murem rozciągał się widok zapomnianego miejsca, który kiedyś był parkiem. Pewnie był wtedy przyjemnym miejscem, jak ono wyglądało? Jacy ludzie tu żyli? Jakie historie się tu wydarzyły?

red. Gabriel Korbus
fot. Anna Bądyra

Dodaj komentarz