fbpx

Puławy – miasto straconych szans

puławy

Pojechałem ostatnio do Puław. Przyciągnął mnie tam oczywiście lokalny pałac, ale także dawno już zapomniane wspomnienia z dzieciństwa. Długo zastanawiałem się, jak wygląda to miejsce. Rzeczywistość okazała się inna od wyobrażeń.

Obraz Puław, jaki miałem w głowie, był dziwny. Byłem tam bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze jako małe dziecko. Pamiętam tylko drzewa, starą kostkę brukową z czasów socjalizmu i taką dziwną, tajemniczą aurę. Następnym wrażeniem były te związane z jazdą koleją. Wielokrotnie przejeżdżałem przez tę miejscowość, słyszałem jak konduktor mówi, że pociąg dojeżdża do Puław, widziałem zabudowania przy kolei, tory, las, robiło to na mnie silne wrażenie, zastanawiałem się, co kryję się w tym tajemniczym miejscu.

Wiele moich wspomnień z tego okresu ma taki charakter, są to odczucia, które chyba w dosyć znacznym stopniu ukształtowały moją wyobraźnię. Gdy byłem mały, relikty socjalizmu były znacznie częstszym widokiem w Lublinie, ale z drugiej strony również moja wyobraźnia łatwiej popadała w poczucie tajemniczości i ciekawość przebrzmiałej przeszłości. Trzeba przyznać, że i obecnie takich reliktów jest dużo, ale nie robią one jednak już takiego wrażenia. Tak czy owak, stare kostki brukowe i te w specyficzny sposób odrapane ściany są czymś, co niezmiennie lubię i jakoś stanowią one część mnie.

Do Puław pojechałem o godzinie trzynastej i chyba jakoś o czternastej dotarłem na miejsce, mogę się jednak mylić. Wróciłem około godziny dziewiętnastej. Podjechałem na parking koło pałacu, był to pierwszy punkt mojego zwiedzania.

Pałac w Puławach jest miejscem zatopionym w tych właśnie reliktach minionej już epoki, stare drzewa, obdrapane mury, szarość, to z tym właśnie, a nie z XIX wiekiem, kojarzy mi się ten zabytek.

Sam pałac jest dosyć zadbany, nie zwracałem też zbytniej uwagi na architekturę tego miejsca, jedynym naprawdę godnym uwagi architektonicznym elementem jest bardzo gustowna klatka schodowa. Zwiedzając skupiałem się raczej na oglądaniu eksponatów. Są one ciekawe, chociaż nie jest ich szczególnie dużo. Są tam piękne bibeloty, jak XIX wieczny zegarek naręczny, zdobiona pieczęć z lapis-lazuli. Są też ciekawe pamiątki, jak wiązanka kwiatów zabrana z pogrzebu Chopina, gałązka z grobu Waszyngtona i zeszyt agronoma z około 1830 roku. Bardzo ciekawym eksponatem jest kolekcja wieńców nagrobnych zarówno tych oryginalnych, wykonanych na pogrzeb Izabeli Czartoryskiej, jak i tych stworzonych współcześnie, myślę, że jest to bardzo oryginalna i ciekawa rzecz. Poza tym są też interesujące bronie – tureckie szable, dwa wspaniałe rapiery z XV wieku i miecze dwuręczne. Warte uwagi są tu obrazy, chociaż nie ma ich tu jakoś szczególnie dużo, najbardziej spodobały mi się te z XVII wieku.

Moje romantyczne serce poruszył portret młodej Izabeli Czartoryskiej, nie powiem żebym był jakimś miłośnikiem tej postaci czy rodziny Czartoryskich w ogóle, mam dosyć krytyczny stosunek co do ich roli w historii. Poruszył mnie sam obraz młodej arystokratki w tym specyficznym stroju, skłonił mnie do snucia wyobrażeń na temat życia w tamtym czasie, postaci, które nie istniały, biografii, które nigdy nie miały miejsca, miłości i tych wszystkich rzeczy, jakie można znaleźć w literaturze romantycznej. Byron, Puszkin, Lermontow są zawsze bliscy mojemu sercu i zaszczepili mi pewne umiłowanie ckliwości i nostalgii za przeszłością.

Z drugiej jednak strony nie za bardzo lubię to romantyzowania minionych czasów, jakie dosyć często się spotyka. Lubię snuć swobodne rozważania, ale jestem świadomy realiów dawnych epok i ambicji jednostek. Często spotyka się ludzi, którzy mówią o wartościach, jakie nie istniały i cnotach, które miały być powszechne, a ich brak krytykowała już ówczesna literatura.

Zwiedziłem znajdujący się w pobliżu pałacu park – szaleją w nim teraz komary. Dzięki drzewom jest to dosyć ładne miejsce, ale trzeba przyznać, że mocno zaniedbane. Powinien to być park w stylu angielskim gdy, tymczasem przez zaniedbanie, jest to po prostu mały lasek, subtelna, ale jednak istotna różnica. Można tutaj również natknąć się na zardzewiały, zniszczony mostek i tego typu rzeczy. Całość tworzy unikalne doświadczenie.

Byłem także w słynnej świątyni Sybilli. Przy całym zaniedbaniu pałacu w Puławach miałem odczucie, że akurat to miejsce jest zadbane aż za bardzo. Stoją w nim jakieś obrazki, a w oculus w dachu wstawiona jest szyba. Nie do końca rozumiem dlaczego, urokiem tego miejsca jest właśnie pustka, naturalność, nie ma potrzeby wstawiania szyby w oculus, na podłodze znajduje się oryginalny, dziewiętnastowieczny odpływ, jak widać pierwotną koncepcją było pozwolić kapać wodzie deszczowej, stanie tam podczas deszczu i wdychanie wilgotnego, chłodnego powietrza musiało być bardzo przyjemne.

Nie mogę tutaj nie odnieść się do pierwowzoru tego budynku – Panteonu. Oczywiście świątynia Sybilli nie umywa się do tej starożytnej świątyni. Miałem szczęście być tam podczas deszczu. Oculus w Panteonie nie jest w żaden sposób zaklejony, jest otwarty, został on tak zaprojektowany przez Rzymian, że, gdy pada, deszcz wylatuje dzięki ciągowi powietrza, jaki tworzy się w świątyni. Gdy człowiek stoi pod oculusem, nie padają na niego krople, czuje tylko delikatną wilgoć. Ta subtelna sztuczka architektoniczna sprawia niesamowite wrażenie. Jak widać, w świątyni Sybilli nie udało się odtworzyć tego efektu, ale pomysł z otwartym oculusem jest i tak bardzo ciekawy.

Nie mogę powiedzieć dużo o samym mieście. Jego zwiedzanie było dosyć dołującym przeżyciem, obskurne mury, nieciekawa architektura. Jedynym interesującym budynkiem był staryspichlerz, bardzo podobny do tych z Kazimierza, być może więc nawet renesansowy. Był on niestety również bardzo zaniedbany. Nawet Wisła nie robiła wrażenia, widać tylko krzaki, krzaki, krzaki. Nie było żadnego przyjemnego zejścia nad rzekę, tylko chaszcze odcinające drogę. Z Puław nie można popłynąć do Kazimierza, z jakiegoś względu statki, płyną tylko z Kazimierza do Puław, a nigdy z Puław do Kazimierza.

Puławy tworzą wrażenie miejsca zagubionego w przeszłości. Tkwi w echach przebrzmiałych dziejów, w odurzających rytmach kiedyś podjętych działań, które nie wypuszczają tego miejsca ze swoich rąk. Warto tu wpaść, jeśli mieszka się dosyć blisko, jak na przykład w Lublinie, trzeba nastawić się jednak na odpowiednie doświadczenie, otworzyć się wobec nieortodoksyjnych doznań turystycznych.

red. Gabriel Korbus
fot. Zuzanna Baran

Dodaj komentarz